AVE MARIA - informator katolicki, bo wiara jest w nas

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Home


Święty Franciszek urodził się w końcu XII w. w Asyżu we Włoszech. Jan Bernardone - bo takie jest jego właściwe imię i nazwisko - był synem bardzo bogatego kupca. Czyż może być coś przyjemniejszego od rozkoszowania się bogactwem i szastania pieniędzmi? A tych w rodzinie Bernardone nie brakowało. Gromadzone od pokoleń złoto spoczywało w skrzyniach, a młody Jan Franciszek, oczko w głowie swoich rodziców, miał do tych bogactw nieograniczony dostęp. Trudno się dziwić, że młodzież Asyżu garnęła się do niego. Franciszek uwielbiał fundować jadło i napoje licznej gromadzie przyjaciół. Tu zwróćmy jednak baczną uwagę na pewną cechę charakteru naszego bohatera. Już za młodu, jeszcze jako hulaka i lekkoduch, Franciszek uwielbiał dzielić się z innymi wszystkim, co posiadał. Nie znał chciwości, skąpstwa, ani przywiązania do dóbr materialnych.


Prócz pijatyk, zabaw i miłosnych podbojów jest jeszcze jedna rzecz, która zaprząta umysł Franciszka: tęsknota za rycerskim życiem i wojnami zdolnymi zapewnić wieczną sławę. Aż tu nagle nadarza się niebywała okazja: między Asyżem a sąsiednią Perugią (czyt. Perudżią) wybucha wojna. Franciszek i jego towarzysze stają do walki. Rychło jednak kończy się świetna zabawa, a wojna odsłania swoje prawdziwe oblicze. Perugiańczycy odnoszą znakomite zwycięstwo i biorą do niewoli większość wojsk Asyżu. Franciszek znalazł się jako jeniec w więzieniu, gdzie zaraza dziesiątkuje jeńców - oto druga strona życia, której dotychczas nie znał! Wkrótce choroba dopada również młodego Bernardone. Na zawszonym łożu pośród innych nieszczęśników niedoszły bohater wojenny myśli sobie: "Jeśli wyzdrowieję, odmienię swoje życie!".

Stary Bernardone nie daje synowi długo gnić w więzieniu. Do kasy miasta Perugii wpływa znaczny okup i słaby, wymizerowany Franciszek wychodzi na wolność. Ale czy to na pewno ten sam człowiek? Rodzice natychmiast zauważyli, że ich syn zachowuje się co najmniej dziwacznie. Zamiast - jak to miał w zwyczaju - włóczyć się po tawernach, on całymi dniami biega po Asyżu i rozdaje żebrakom jałmużnę. Pewnego dnia panna służebna wysłana na wieś po świeży ser widziała coś, co wstrząsnęło całą rodziną Bernardone. Oto w szpitalu położonym za murami Asyżu Franciszek własnoręcznie karmił trędowatych, a po posiłku ukradkiem całował ich ropiejące rany!

Tego było już za wiele. Rodzice zdecydowali, że syn musi zacząć normalne życie. Z wielką sumą pieniędzy wysyłają go w interesach na północ, za Alpy. Stary Bernardone cieszy się w duchu: "Mój syn zaczyna przejmować rodzinny interes".

Jakże wielkie było zaskoczenie ojca, kiedy już po dwóch tygodniach Franciszek w łachmanach zjawił się z powrotem w Asyżu. Gdyby nie radosny nastrój młodzieńca, można by pomyśleć, że napadli go zbójcy "Co z towarami, które miałeś kupić, co z pieniędzmi?" - pytają przerażeni rodzice. "Nic" - odpowiada Franciszek - "wszystko, co mi daliście, rozdałem ubogim napotkanym po drodze. Potem sprzedałem swoje piękne ubranie, konie i wozy, a co za nie wziąłem, zaraz znowu rozdałem". Stary Bernardone wpada w szał. Dochodzi do straszliwej awantury Jej finał jest aż dziwny. W kościele św. Damiana Franciszek zdejmuje ostatnie odzienie otrzymane od rodziców, kładzie je przed ojcem i zupełnie nagi, ale za to wolny od wszelkiego rodzinnego majątku wychodzi na ulicę. A towarzyszy mu głośny rechot i szyderstwa Asyżan, którzy nie rozumieją postępowania młodego Bernardone. Po wyjściu z kościoła, założy byle jaki łachman na grzbiet, przepasze się sznurem i jako brat Franciszek boso wyruszy w świat. I nie będzie już pijakiem ani hulaką. Co nie znaczy, że straci humor i pogodę ducha. Wręcz przeciwnie. Z kościoła św. Damiana wyjdzie roześmiany od ucha do ucha i nagi, jak nowo narodzony. Bo istotnie na nowo się narodził, jako Poverello - Biedaczyna Boży. Kiedy nagi opuszczał kościół św. Damiana, przepełniała go miłość do wszystkich ludzi, do biednych i bogatych, biskupów i świeckich, świętych i grzesznych, słowem do wszystkich bez wyjątku. Była to miłość wszechogarniająca, do wszelkiego stworzenia Bożego.

Po wyjściu z perugiańskiego więzienia Franciszek uważnie studiował Pismo Święte. Oprócz nakazu ubóstwa wyczytał w nim równie ważny nakaz pokory i posłuszeństwa.

Podążając jakąś drogą, Franciszek czasem przystaje i zaczyna głosić kazanie. Z pozoru nikt go nie słucha. Widać tylko ptaki, które rozsiadły się wokół kaznodziei i jakby rozumnie wpatrują się w niego, przekrzywiając główki. Do końca jego dni to właśnie zwierzęta będą jego wiernymi towarzyszami i przyjaciółmi.

Znacznie trudniej niż z ptaszkami idzie Franciszkowi z ludźmi. Jego nagła przemiana sprawia, że staje się pośmiewiskiem Asyżu. Dawni kompani teraz bezlitośnie z niego szydzą. Pan Jezus też nie znalazł uznania w rodzinnym Nazarecie i tam właśnie najmniej chciano Go słuchać.

Nie znajdując uznania wśród mieszkańców Asyżu, Franciszek postanawia wyruszyć do innych miast, aby gdzie indziej nauczać jak być pobożnym, biednym i radosnym. Któż po wysłuchaniu słów świętego Biedaczyny nie zapragnie być lepszym człowiekiem? Kto potrafi oprzeć się sile jego dobroci, miłości i poczciwej wesołości? Nie brakuje takich, którzy rozdawszy wszystko, podążają za żebrzącym kaznodzieją. Gdy uzbierała się gromadka uczniów, Franciszek udaje się po błogosławieństwo papieża do Rzymu. Innocenty III zatwierdza zasady funkcjonowania jego bractwa. Ten, który po prostu tylko chciał żyć Ewangelią, tak przy okazji zakłada wielki i ważny zakon.

Wówczas właśnie powszechnie zaczęto mawiać że pani Bieda, która owdowiała po ukrzyżowaniu Jezusa, ma teraz nowego męża. Już nie tylko rodzinna Italia, ale cały świat chrześcijański nieustannie obiegany przez Franciszka i jego towarzyszy poznaje franciszkańską ideę. Ale czy poza krajami chrześcijan nie mieszkają ludzie? Czyż nie mają oni nieśmiertelnych dusz, które także powinny zostać zbawione? W 1219 roku Franciszek usłyszał o piątej wyprawie krzyżowej. Biedaczyna Boży wyrusza za rycerzami, aby powstrzymać zabijanie i zanieść muzułmanom Słowo Boże. Ci zaś, widząc łagodnego człowieka w łachmanach nie tylko nie robią mu krzywdy, ale jeszcze prowadzą go przed oblicze sułtana Al-Kamila. Władca muzułmański uznaje, że Biedaczyna, który przemawia do niego z takim żarem, musi być owładnięty Duchem Bożym. Na koniec kazania przed sułtanem Franciszek proponuje, że dla udowodnienia prawdziwości swej wiary rzuci się w ogień. "Święty mężu, przez szacunek dla ciebie, nie pozwolę, abyś to uczynił" - odpowiada Al-Kamil i oferuje Biedaczynie obfite dary "Nie mogę ich przyjąć" - pokornie odmawia Franciszek -"ale nie dlatego, że tobą gardzę, lecz dlatego, że muszę być wierny swym zasadom". Tak rozstają się Biedaczyna Boży i tolerancyjny sułtan.

W ciągu kilkunastu lat działalności skromna grupka uczniów i naśladowców Franciszka przekształciła się w liczny zakon. Tymczasem Honoriusz III, następca Innocentego III na tronie papieskim, jest nieprzychylny franciszkanom. "Kto mi zagwarantuje, że po śmierci tego, którego nazywają Biedaczyną, jego towarzysze pozostaną wiernymi sługami Kościoła?" - pyta papież swych kardynałów. Franciszek znów wyrusza do Rzymu, choć Honoriusz III uprzedza, iż pozostanie głuchy na wszystkie jego prośby Gdy jednak dochodzi do audiencji, podczas której papież pierwszy raz spotyka się z Biedaczyną, zakon franciszkański zostaje zatwierdzony bez żadnej zwłoki. Gdy Franciszek opuszcza salę, kardynałowie zaczynają dopytywać się Honoriusza III, dlaczego tak nagle zmienił zdanie. "Miałem wczoraj sen" - odpowiada papież. "Śniła mi się moja katedra na Lateranie. Nagle ziemia zatrzęsła się i na ścianach kościoła pojawiły się potężne pęknięcia, z góry zaś kamienie sypały się niczym grad. Nagle, ni stąd - ni zowąd, pojawił się niepozorny człowieczyna w łachmanach, który podtrzymał i uratował kościół przed zawaleniem. Tuż przed przebudzeniem ujrzałem jego twarz. Jakież było moje zaskoczenie, gdy we Franciszku rozpoznałem tego człowieka z mojego snu!". Nic się nie pomylił papież Honoriusz. Zaiste Biedaczyna Boży uratował Kościół katolicki przed upadkiem.

Biedaczyna rezygnuje z przewodzenia zakonowi i zamyka się w pustelni. Odtąd życie Franciszka wypełnia nieustanna niemal modlitwa. "Cóż znaczy moje wyrzeczenie się świata i moja bieda, Panie, wobec tego, co Ty wycierpiałeś - modlił się Biedaczyna Boży - Pozwól mi cierpieć tak, jak Ty cierpiałeś". Franciszek spędza całe godziny na modlitwie pod krzyżem i na rozmyślaniu nad męką Jezusa. Pewnej nocy Jezus wysłuchuje Franciszka i na jego ciele pojawiają się stygmaty: nie gojące się rany na nogach, rękach i boku, dokładnie w tych miejscach, w których przebito ciało ukrzyżowanego Zbawiciela. Nadto, na skutek prawie stałego płaczu, że "Miłość nie jest kochana" oślepł prawie zupełnie.

Mimo ogromnego cierpienia z powodu stygmatów, Biedaczyna nie traci swej pogody ducha. Gdy ukazuje mu się cała gromada diabłów, pokornie i z uśmiechem prosi demony, aby uczyniły z jego ciałem, co im się żywnie podoba. Zawstydzone diabły odstępują Franciszka. Biedaczyna z radością wita nawet samą śmierć. Mówi do niej: "Witaj śmierci, siostro moja!". Umiera, w wieku 45 lat, leżąc nago na gołej ziemi tak, jak sobie życzył i tak, jak żył, odkąd postanowił podążać śladem Jezusa. W dwa lata po jego śmierci papież dokonał uroczystej kanonizacji Franciszka z Asyżu, dokąd osobiście przybył.

 

On-line:

Naszą witrynę przegląda teraz 11 gości